Magister farmacji
Łukasz Waligórski
Offline
Farmaceuta i dziennikarz. Redaktor naczelny magazyny MGR.FARM i autor tekstów dla magazynów Diabetyk, Zdrowie, Playboy... Członek Naczelnej Rady Aptekarskiej VII kadencji.

Z dziennika FARMACEUTY - Zabójcza wcierka

Wszyscy doskonale znają komunikat, który pojawia się na końcu każdej reklamy leku mówiący, aby przed jego zażyciem zapoznać się z ulotką lub skonsultować się lekarzem lub farmaceutą. Okazuje się, że dla niektórych pacjentów taka kolejność (ulotka, lekarz, farmaceuta) jest równoznaczna z gradacją kompetencji i wagi udzielanych informacji…

Jakiś czas temu odwiedziła mnie stała pacjentka. I to nie byle jaka pacjentka. Starsza pani, która podczas każdej wizyty w aptece upiera się, abym to ja ją obsługiwał. Dość otwarcie i bezwstydnie ogłasza zawsze na głos, że „tylko z Magistrem się dogada i tylko Magister jej pomoże”. Żadna z moich koleżanek już się na takie słowa nie obraża, a wręcz odbierają je z ulgą, bo starsza pani należy do grupy tzw. „trudnych pacjentów”. Słynie z wynajdywania coraz to nowych dolegliwości i panicznego strachu przed nowymi lekami. Znając jej historię i pamiętając zażywane przez nią leki, można więc powiedzieć, że mam na nią wyłączność – a ona ma mnie.

Wracając jednak do tematu… Od dawna pacjentka skarżyła się na wypadające włosy. Próbowaliśmy różnych szamponów i preparatów witaminowych – efekt był niewielki. W końcu pacjentka poszła do dermatologa, który rozpisał jej kilkumiesięczną terapię różnymi preparatami. Były w niej tabletki, szampony, wcierki… Z trudnem udało mi się namówić przerażoną kobietę, na podjęcie terapii. Z jednej strony obawiała się efektów ubocznych wszystkich preparatów, które miała stosować. Z drugiej strony terapia była dość kosztowna i obciążająca dla jej budżetu. Ostatecznie jednak zdecydowała się na leczenie.

I tak przez kilka kolejnych tygodni pacjentka przychodziła po kolejne preparaty, które miały być stopniowo włączane do terapii: biotynę, szampon, wcierkę recepturową… Leczenie przebiegało spokojnie, pacjentka nie odczuwała żadnych działań ubocznych – aż do niedawna. Jednym z ostatnim preparatów, który miała włączyć do terapii był Loxon 5%. Podczas kolejnej wizyty kobieta wykupiła go, wysłuchała moich instrukcji na temat jego stosowania (tutaj mogłem podeprzeć się autopsją ;) i poszła do domu. Następnego dnia wróciła do mnie, niemal trzęsąc się z przerażenia. „Ten lek by mnie zabił!” krzyczała już od drzwi. Kiedy poprosiłem o wyjaśnienia, pacjentka wyjęła ulotkę preparatu i zaczęła ją recytować: „Nie stosować, jeśli pacjent ma nadciśnienie tętnicze i u pacjentów w wieku poniżej 18 lat i powyżej 65 lat!”. I wszystko było jasne…

Kobieta nie dość, że miała nadciśnienie to jeszcze niedawno skończyła 72 lata. Tyle wystarczyło, żeby treść ulotki ją śmiertelnie przeraziła. Oczywiście na nic zdały się moje tłumaczenia i zapewnienia, że preparat jej nie zaszkodzi. To nic, że lekarz specjalista przepisał go jej na recepcie. Skoro ulotka mówi, że leku nie może stosować, to ona w życiu go nie użyje! W końcu to ulotka jest najważniejszym i najbardziej wiarygodnym źródłem informacji – dopiero później lekarz i na końcu farmaceuta. Dokładnie tak jak powtarzają w każdej reklamie leku. I na nic zdadzą się tłumaczenia o pozarejestracyjnym stosowaniu leków (off-lebel), asekuracji firm farmaceutycznych tworzących ulotki i stopniu wchłaniania wcierki przez skórę do ustroju.

I na tym skończyła się terapia pacjentki. Przekonałem ją by kontynuowała stosowanie pozostałych preparatów, ale na Loxon już nie chciała nawet patrzeć. Mimo naszej wieloletniej znajomości i zaufania, jakim mnie darzyła (a przynajmniej tak mi się wydawało) nie przekonałem jej do stosowania tego preparatu. Nie przekonał ją nawet argument, że sam go stosowałem i… nadal żyję. Ale co ja tam wiem…

Poparli:

Joanna Rozegnał,
Katarzyna Porczyk,
Anna Wyrwas,

Zaloguj się